-Jezuu- Krzyknąłem, gdy dwie książki leciały z półki wprost na
mnie. Jeśli pan Anderstader zauważy, że
znowu nie radzę sobie z takim prostym zadaniem jak odkurzanie książek to znów
się na mnie wydrze. „No nic. Trzeba je odłożyć”. Poszedłem do schowka po
drabinę. Po wróceniu podstawiłem ją pod regałem z książkami i wszedłem na nią.
-Jezuuuuu- Wrzasnąłem po raz kolejny, gdy poleciałem w dół nie
tylko z drabiną ale także…. Z regałem na książki. Po chwili poczułem ból w
klatce piersiowej. Nie mogłem oddychać. Było ciemno. Nagle coś się ruszyło. „Jestem
uratowany” -Pomyślałem, ale zaraz zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem kto mnie
uratował. Był to pan Anderstader, mój szef i właściciel księgarni w której
byłem zatrudniony. Jego twarz przybrała chęć mordu i nabrała purpurowego
odcieniu.
-Panie Auramera…- Zaczął- To już szósty raz w tym tygodniu a
mamy dopiero wtorek rano.-Chyba nie
zostaje mi nic innego, jak pana zwolnić, panie Auramera. –Zerwałem się na równe
nogi. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Byłem dobrym i szanowanym
pracownikiem przez niecałe dwa lata. Jednak jak to powiedział pan Anderstader: ”
Ostatnio zacząłeś się „psuć” chłopcze. Jeśli twój stan otępienia nie poprawi
się będziemy musieli się pożegnać.” Ten „stan otępienia” jak on to nazwał , to
nic innego jak stres poegzaminowy. Od dwóch miesięcy nie myślę o niczym
innym jak tylko o wynikach egzaminów kończących studia. To mnie zupełnie
dekoncentruje.
-Zaraz… Mnie się nie wyrzuca z pracy !-Rzekłem oburzony.-Sam
odchodzę !- Po czym zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem ku drzwiom wyjściowych.
Przekroczyłem próg księgarni i nagle mnie olśniło. Wróciłem się do budynku.
-Zaraz… to pan mnie wyrzucił, zgadza się ?-Zapytałem.
-Owszem.-Na jego twarzy pojawił się prawie niezauważalny
uśmieszek.
-Dzynk. Wisi mi więc pan odprawę.- Zaśmiałem się pod nosem i
wyszedłem z budynku w którym mieściła się moja już była praca. Wychodząc
zauważyłem, że twarz pana Anderstader’a pobielała. No więc… właśnie zostałem bezrobotny.
A właściwie zostanę nim, gdy podpiszę rozwiązanie umowy o pracę. Ruszyłem ku
domowi. Zaśnieżone uliczki Kabelvåg wyglądały prześlicznie podczas nocy polarnej.
Mój dom mieścił się we wschodniej części miasteczka. O tej godzinie uliczki
stały puste, więc słychać było tylko
chrzęszczenie moich butów na śniegu. Po około piętnastu minutach wędrówki
dotarłem do domu. Mama pewnie dopiero zaczęła przygotowywać obiad, ponieważ
spodziewała się mojego powrotu dopiero za dwie godziny. Moja sytuacja życiowa
wygląda trochę śmiesznie. Moja dziewczyna rzuciła mnie dla młodszego, przez co
musiałem zamieszkać ponownie z mamą, ponieważ z powodu studiów nie mogłem
wynająć mieszkania. Ojciec zmarł sześć lat temu, kiedy miałem 14 lat podczas
zimowych połowów. W rodzinie panował głód, więc mój ojciec wraz z innymi mężczyznami u których w rodzinie też się nie przelewało,
wypływali na zimowe połowy do Kragerø, by później przysłać pocztą pieniądze z
połowów.
-Tak wcześnie wróciłeś ?-Mama skomentowała mój powrót do
domu.
-Mamo, właśnie patrzysz na bezrobotnego.-Odparłem
zażenowany.
-Eh…
-Co ?-Byłem zaskoczony.-Nie nakrzyczysz na mnie ? Nie
spierzesz mnie ? Nie nawyzywasz mnie ,nie wpadniesz w depresję ?
-A po co ?-Odparła spokojnie mama.-To twoje życie, nie moje.
Rób sobie co zechcesz, bylebyś się dołożył do miesięcznych rachunków. Mój dom
to nie darmowy hotel. Jak nie płacisz, to spadasz !
-Jesteś bez serca !-Zacząłem udawać , że płaczę. Tak
naprawdę nie dziwiłem się mamie. Ledwo wiązała koniec z końcem mieszkając sama,
a co dopiero mieszkając ze mną i utrzymując mnie. Pensja sklepikarki w
warzywniaku to nie były kokosy nie z tej ziemi.
-Raczej nie bez serca a bez 10 000 koron pensji
miesięcznie.-Mama udała obrażoną. Naprawdę kochałem tę kobietę. Takiej matki
nikt nie miał. Ruszyłem do Westfalki. Tęskniłem za ciepłem po 15 minutach na
-30 stopniowym mrozie. Ogrzałem się i położyłem rękawiczki na stoliku.
Zauważyłem na nim list wśród kupki papierów do spalenia. Co więcej był to list do mnie.
-O, a co to ?-Zapytałem mamy.
-Nic takiego ,synku !-Mama próbowała wydrzeć mi z ręki list.
-Hej !-Zawołałem głośniej aniżeli chciałem.-To moje. Mamo
oddaj !-Próbowałem wydrzeć list z rąk mamy. W końcu udało mi się. Otworzyłem
kopertę jedną ręką, a drugą odpychałem mamę. Co się z nią do cholery stało?
Dopiero odpuściła ,gdy list spoczął na mojej ręce i zacząłem śledzić pierwsze
linijki tekstu. Gdy skończyłem spojrzałem na mamę. Miała kamienną twarz.
-Wiedziałaś o tym ?-Głos mi się załamywał. I dlaczego nic mi
nie powiedziałaś. Spojrzałem na datę listu.
12.12.03 r. Czyli został wysłany równo cztery miesiące temu, ale data
odczytu wypadała na cztery dni do przodu. Dlaczego mama nic mi nie powiedziała ?
Czy to była jakaś niewygodna sprawa ? Raczej nie, więc dlaczego do cholery
ukrywała przede mną coś takiego ? Spojrzałem na nią.-Dlaczego nic mi o tym nie
powiedziałaś ?
-Joshuś, proszę Cię, nie denerwuj się !-Próbowała ubłagać
mnie mama. Jej twarz przybrała prawie, że identyczny kolor jak jej rude włosy.
-Tu jest wyraźnie napisane, że mam się stawić na odczytanie
testamentu mojego ojca. Dlaczego nie chciałaś by ten list do mnie trafił ?-Zapytałem
w gniewie.
-Po to by cię chronić Josh. -Mama wyraźnie coś przede mną
ukrywała. Tylko co ?
-A co takiego może być w durnym testamencie ?-Nie kryłem
oburzenia.
-Josh,synku. Wiesz jak to jest. Kiedy ktoś umiera, a po jego
śmierci mówi się o nim złe rzeczy,jest to absolutnie niemoralne.
-Nie rozumiem ? Co mają złe rzeczy do testamentu papy ?
-Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Modliłam się by
nadszedł jak najpóźniej. Widać Bóg w tej kwestii nie chciał mnie więcej
słuchać-Mama zaśmiała się krótko i ponuro.-Lepiej zagotuję nam herbaty. Usiądź
w salonie dziecko. Zaraz wszystko Ci opowiem.
-A więc ? O co chodzi ?-Zapytałem już nieco łagodniej,
popijając herbatę.-Opowiesz mi,o co się rozchodzi ?
-Jesteś gotowy synku ?-Zapytała matka.-To dobrze. Bo muszę
Ci wyznać, że od całych sześciu lat żyjesz w sieci kłamstw. Sieci zbudowanej
przeze mnie samą. Sieci dotyczącej twojego
Ojca. Jak wiesz, twój ojciec co roku wypływał wraz z innymi rybakami do Kragerø.
To było kłamstwo. Jak się dowiedziałam niecały miesiąc po śmierci Jakoba od jego kochanki…tak synku. Kochanki.-Byłem zszokowany. Mój wzór do naśladowania
czyli papa, miał kogoś na boku ? Dla mnie w tym momencie to było niepojęte.-Jak
już mówiłam-Mama kontynuowała opowieść-Ojciec miał kochankę w Kragerø. To do
niej jeździł w każde zimowe połowy, a pieniądze które od niego dostawaliśmy
pochodziły z jej skarbca. Ona; nazywała się Veronica. Była bogata. Pochodziła z
pięknego dworu, w którym mieszkał twój ojciec podczas zimowych połowów. Aż w
końcu zabił się spadając ze schodów.
-No dobrze… -Zacząłem-Ale dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz
?
-Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, iż ojciec był dla
ciebie wzorem do naśladowania. Był niczym Thor. Więc wiedziałam, że taka
wiadomość sprawi Ci ogromny ból. Dlatego chciałam Cię przed tym bronić.
Uzmysławiałam sobie, że kłamstwo jest złe, lecz w chwili podjęcia decyzji o zatajeniu tej
historii uznałam, że to kłamstwo będzie mniejszym złem.
-Jednak widzisz, że ta opowieść jakoś nie zrobiła na mnie
większego wrażenia -Skłamałem. Tak naprawdę ta wiadomość była dla mnie szokiem.
Jednak postanowiłem tego nie pokazywać, by nie sprawić mojej rodzicielce
większych zmartwień. To także było mniejszym złem. -No, ale co ma do tego
testament papy ?
-Otóż co ma do zaoferowania twój Ojciec ? No właśnie.
Podejrzewam, że jest to coś związanego z
Veronicą, a nie zniosłabym myśli, że któreś z nas miałoby mieć z nią do czynienia. Pewnie mu coś siksa jedna
zapisała, a ten chce Ci to ofiarować.
-A skąd w ogóle wiesz o romansie mojego Ojca ?-Zpaytałem.
-Pamiętasz tę tajemniczą kobietę w czerni na pogrzebie
Jakoba ?-Zapytała mama. Jakob-tak miał na imię mój zmarły tata.
-Owszem.- Przyznałem.-Czy chcesz mi powiedzieć, że…
-Tak ! To była Veronica. Opowiedziała mi całą historię
romansu patrząc na mnie z wyższością. W tamtej chwili nie wierzyłam jej i byłam
święcie przekonana, że łże, ale przedstawiła mi listy które do siebie pisali, a
także akty notarialne miejsc ,które mu przepisała.
-Więc ojciec miał kochankę.-Pogrążyłem się w zadumie.-No
nic. Ale i tak chcę pojechać do Kragerø. Chcę wiedzieć co mój Ojciec mi
przepisał.-Wstałem podnosząc filiżankę po herbacie i skierowałem się do zlewu,
by ją umyć.
-Posłuchaj mnie !-Powiedziała łagodnie, ale stanowczo matka.- To naprawdę zły pomysł ! Nie wiesz co Cię tam czeka ! Nie wiesz z czym będzie się jeść taka wyprawa.
-Posłuchaj mnie !-Powiedziała łagodnie, ale stanowczo matka.- To naprawdę zły pomysł ! Nie wiesz co Cię tam czeka ! Nie wiesz z czym będzie się jeść taka wyprawa.
-Mój ojciec jednak coś posiadał-Odpowiedziałem.- I chcę
wiedzieć co !
-Ja bym jednak nie jechała !-Mama stanowczo odradzała mi mój
pomysł.- Nic nie wiesz ani o tym mieście, ani o samej Veronice. Skąd wiesz czy
ojciec nie przepisał Ci jakiś długów ? Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
-Mamo !-Jęknąłem. – Już skończyłaś ? Już postanowiłem i nie
zmienisz mojego zdania. Jadę do Kragerø na odczyt testamentu papy cokolwiek by
to nie było ! Chcę wiedzieć co mi przepisał i dlaczego. Oraz chcę poznać tę, która
śmiała pójść do łóżka z żonatym mężczyzną.
-Zrobisz jak zechcesz.-Mama zrezygnowała opuściła głowę i
podreptała do swojego pokoju.
-Poczekaj aż rozpalę w twoim pokoju !-Zawołałem-Strasznie
zmarzniesz !
-Trudno. I tak już jestem zlana zimnym potem.
-Eh.-Mruknąłem. Zgasiłem ogień w Westfalce i rozpaliłem
ogień z kolei w palenisku w moim pokoju. Rozebrałem się, ubrałem w pidżamę i
wpęzłem pod pierzynę. Wtuliłem głowę do poduszki i zacząłem się zastanawiać „Co
takiego mógł przepisać mi tata ?” I z tą myślą poszedłem spać.
*
Wstałem wcześnie rano. Tak przynajmniej mi się zdawało, bo
była już dziewiąta rano. Włożyłem miękkie kapciochy w niebieskie króliczki ,ze
szklanymi czarnymi, głębokimi jak studnia oczami i podreptałem do kuchni.
Rozpaliłem Westfalkę. Położyłem na fajerce patelnię i wyjąłem z szafki jajka i
mąkę, po czym zacząłem przygotowywać omlety. Widać syk smażenia i zapach poczuła
mama, ponieważ przyszła do kuchni wąchając woń omletów.
-Już wstałeś ? Jest dopiero dziewiąta.-Dla mamy
najwcześniejszą godziną do wstawania była dziesiąta trzydzieści.-O, omlety ?
Czym sobie zasłużyłam, że przygotowujesz moje ulubione śniadanko ?
-W końcu to nasze ostatnie śniadanie na jakiś czas, więc wolałem
przygotować coś specjalnego.
-A, no tak.-Mama wyraźnie posmutniała.-Czyli jednak nie
zmieniłeś decyzji ?
-Nie i nie próbuj mnie znowu przekonywać do zmiany zdania.
Twoje już znam, ale nie wpłynie na moje.
-No dobrze, ale zapomniałeś o jednym szczególiku.
-Jakim ?-Byłem wyraźnie zdziwiony.
-Jak pojedziesz do Kragerø ? Ulice są zasypane. Pociągi nie
funkcjonują, tramwaje też. Autobusy nie dojeżdżają stąd do Kragerø, a my nie posiadamy
samochodu. Jak dojedziesz na odczyt testamentu ?-No tak. Przecież nie mogłem
dostać się na drugi koniec kraju w trzy dni, w dodatku taką pogodę.
-Coś się wymyśli.-Mruknąłem.- Jeśli chciałaś mnie zniechęcić
to Ci się udało.
-Widzisz ?-Mama nalała sobie kawy.-Ja zawsze mam rację.
Zresztą jak każda matka.-Zdałem sobie sprawę, że ona naprawdę ma rację. Zresztą
nie po raz pierwszy. No bo niby jak dostanę się do Kragerø bez żadnego środka
transportu ? Zacząłem nakładać omlety. Jednak nie byłem głodny. Najadałem się
ciekawością jaka treść była zapisana w testamencie taty. Wyjrzałem przez okno.
Znów Fredrik-pięćdziesiąt øre jechał swoją bryczką. Jego przezwisko wzięło się
od prac które wykonywał. Nie ważne jaka to była praca, zawsze brał pięćdziesiąt
øre. W tym momencie zapaliła mi się żaróweczka nadziei. Szybko nałożyłem omlety
i w samym szlafroku wybiegłem na podwórze.
-A ty gdzie ?!-Zapytała histerycznie matka wołając za mną.
Jednak ja nie zbaczając na jej słowa pobiegłem do brzyczki.
-Fredrik,Fredrik. Stój !-Zakrzyczałem, goniąc za jego
bryczką.
-Co się stało ?-Zapytał Fredrik.
-Posłuchaj…. -Opowiedziałem mu całą historię. Oczywiście
pominąłem romans ojca. Po co ludzie mieli się dowiadywać o moich sprawach
rodzinnych.
-Więc tak się sprawa ma.-Powiedział czarnowłosy Fredrik. -Ale
czego ode mnie konkretnie chcesz ?
-A, wybacz. Zapomniałem przejść do sedna. Możesz zawieść
mnie swoją bryczką do Kragerø ?
- Kragerø ?!-Zakrzyknął Fredrik.-Hmmm… no cóż…
-Oferuję 25 koron.-Powiedziałem. Fredrik był moją ostatnią
deską ratunku na przyjazd do Kragerø.
-Pomyślmy. Z Kabelvåg
do Kragerø jest jakieś.. powiedzmy w przybliżeniu 1700 km. W cztery dni to jest
niewykonalne.
-50 koron ?-Zapytałem błagalnie.
-Ale jeśli Cię nie zawiozę stracę imię tego który „każdą
legalną pracę wykona”, więc zgoda. Zawiozę Cię do Kragerø, ale pod jednym
warunkiem.
-Jakim ?-Spytałem.
-Jeśli wezmę od ciebie opłatę w wysokości pięćdziesiąt øre.
-Tylko ?-Fredrik rozśmieszył mnie do łez.
-Jeśli wezmę więcej ,stracę swoje dobrę imię i przydomek.
-A więc zgoda. Kiedy ruszamy ?-Ledwo się wypowiedziałem, gdyż
śmiech dławił mnie w gardle. Fredrik jak zawsze był niemożliwy.
-Nawet teraz panie kapitanie. Powiedz tylko kiedy będziesz
gotowy.
-A więc idę się pakować.-Zaszczebiotałem wesoło. Pewnie już
dawno zaczęło mi być zimno, gdyby nie euforia wypełniająca mnie po otrzymaniu
tej fantastycznej wiadomości dawała mi ciepło.
-Pozdrów Dorthe ode mnie !-Zakrzyknął na pożegnanie Fredrik.
Dorthe-tak miała na imię moja matka
-Gdzie ty byłeś ?-Zapytała mama, z buzią pełną jedzenia, gdy
wszedłem do kuchni.
-Załatwić coś.-Odparłem uradowany.
-A co ?-Zapytała mama wyraźnie zdziwiona.
-Swój wyjazd do Kragerø .-Odparłem.
-Więc jednak się wybierasz ?-Zapytała mnie mama ,a w jej
głosie było słychać pewną nutę smutku.
-Tak, ale nie martw się o mnie. Z tej bitwy wrócę z tarczą.
Obiecuję.
*
-Spakowany ?-Zapytał mnie Fredrik wyraźnie skołowany na
widok mojego bagażu.
-Tak !-Rzekłem uradowany.-Ruszamy do Kragerø !
-Uważaj na siebie !-Mama uściskała mnie po raz pierwszy w
życiu tak mocno, że aż brakowało mi tchu.
-Spokojnie Dorthe ! Przecież jest ze mną-Odparł Fredrik.
-Tak Khym, khym.-Mama uważała Fredrika za nieodpowiedzialnego
chłopa. Sam tłumiłem śmiech. Jednak zniknął, gdy zobaczyłem idącego do mnie
pana Anderstadera i jego żonę.
-Więc wybierasz się do Kragerø ?-Zagadnął starszy
człowiek.-Powodzenia mój chłopcze.
-To dla ciebie !-Pani Anderstader podała mi półmisek z
naleśnikami lefse. –Szerokiej drogi-powiedziała mi uśmiechając się przy tym.
-Dziękuję.-Przyjąłem podarek.-No, chyba już czas w drogę
!-Powiedziałem i wsiadłem do bryczki Fredrika. Jeszcze przez chwilę żegnałem
się z przybyłymi. W końcu jednak z Fredrikiem wyrusziliśmy w drogę.
-A więc-Zagadnął Fredrik. -Chcesz jednego lefse ?
-Chętnie. W końcu długa droga przed nami…
