niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 2:Spadek


-Tutaj będziesz  musiał wysiąść-Powiedział Fredrik.
-Już ?-Byłem zdziwiony. Według mapy zostało jeszcze jakieś pięćdziesiąt kilometrów.-Przecież jeszcze pięćdziesiąt kilometrów ! Dlaczego każesz mi wysiadać ?
-Spójrz wokoło-Powiedział towarzysz podróży.
-Śnieg. I co z tego ?-Nie kryłem zdziwienia.
-No właśnie ! Śnieg ! Drogi są zasypane. A te które ominął śnieg, są zlodowaciałe. Nie ma szans byśmy do jutra dojechali do Kragerø . Prędzej wpadniemy w poślizg.-Mówiąc  do mnie zaczął wypakowywać moje walizki.
-Ale …ale nie możesz mnie tu zostawić !- Krzyknąłem na niego !
-Nie nazwałbym tego zostawieniem… -Zaczął Fredrik-  Raczej pozwoleniem iść dalej na piechotę !- I nim zdążyłem cokolwiek wykrztusić jego już nie było. Odjechał z powrotem w kierunku Kabelvaag. Jak on mógł ?! Prędzej zamarznę niż dotrę do Kragerø. Ale no cóż ! Według mapy nie dalej jak pięć kilometrów stąd jest stacja pociągowa. Może pociągiem dojadę do Kragerø ? Ale skoro jest śnieżyca, to pewnie pociągi nie kursują ? Jednak postanowię spróbować. Nigdy nic nie wiadomo.
  Przejście tych pięciu kilometrów zajęło mi ok. godziny. Pewnie byłbym tam prędzej, gdyby nie śnieg mierzący mi do kolan. Jednak nie czas na marudzenie ! Stacja tonęła w odcieniach czerwieni i żółci. Te przytulne kolory z pewnością spełniały swoją funkcję w takie dni jak ten. Oprócz mnie na stacji była jeszcze jedna osoba. Była to piękna, brązowowłosa kobieta w fioletowej sukni. W ręku trzymała teczkę i walizkę. Ciekawe czy jej celem podróży też jest Kragerø ? Nie widziałem dokładnie jej twarzy ale była znajoma. Czy ja jej kiedyś już  nie spotkałem ? Chciałem ją o to spytać, ale przecież nie pójdę do niej i nie zapytam „Hej, czy my już kiedyś się nie spotkaliśmy ?” Zamiast prostego pytania brzmiało by to raczej jak kiepski podryw. Sprawdziłem rozkład pociągów . Jest ! Pociąg do Kragerø, i to nawet za jakieś… 30 minut temu ? O nie ! Spóźniłem się na pociąg, a następny dopiero za jakieś dwie godziny. No to pięknie ! W takim tempie nie zdążę na odczyt testamentu Papy. W trakcie moich rozmyślań nie zauważyłem, że właśnie w tej chwili na peron podjeżdża pociąg. Ocknąłem się dopiero gdy  konduktor zakrzyknął:
-Spóźniony pociąg do Kragerø !-Czyli jednak jest szansa !- Pochwyciłem szybko swój bagaż i ruszyłem w kierunku pociągu. Moja towarzyszka z peronu także skierowała się w kierunku pociągu.
-O, witam panią !-Powiedział uroczyście konduktor, gdy brązowowłosa piękność wsiadła do pociągu.-Skąd tym razem pani wraca ?-Kontynuował postury mężczyzna.
-Liverpool-Rozpoczęła kobieta.-Głos miała słodki niczym miód, a jednocześnie poważny i twardy niczym skała.-Ci Anglicy nie mają za grosz poczucia smaku ! Tęskniłam za norweską kuchnią. Ci kontrahenci z Anglii też nie są lepsi o ich żarcia ! Gbure jakich mało ! Dobrze, że moja firma rozwiązuje z nią działalność za trzy miesiące. Nienawidzę podróży przez morze północne ! Niedługo wyjeżdżam do Kopenhagi więc nie będzie mnie spory kawałek czasu. A co u pana ?-Zapytała  kobieta, po długim monologu.
-Aaa, po staremu.- Zaśmiał się mężczyzna !- Mój zawód nie daje takich wrażeń jak pani. Odjazd !!!-Zakrzyknął konduktor gdy wsiedliśmy do pociągu. Myślałem, że przedziały będą puste, a tymczasem roiło się w nich od pasażerów. Znalazłem jednak jeden przedział zupełnie pusty. Pozostawiłem walizki w luku bagażowym i usiadłem na miejscu. Po niespełna 10 minutach, do przedziału weszła kobieta z którą czekaliśmy na pociąg.
-Można ?-Zapytała uprzejmie.
-Ależ oczywiście.-Powiedziałem lekko się czerwieniąc-Proszę. -Teraz mogłem dokładnie się jej przyjrzeć. Wyglądała na około trzydzieści lat, czyli mniej więcej była dziesięć lat starsza ode mnie. Jej  hebanowe włosy były rozpuszczone. Nosiła fioletową suknię z czasów wiktoriańskich, a jej smukłą talię podkreślał czarny gorset.
-Czy coś nie tak ?-Zorientowała się, gdy za długo na nią patrzyłem.-Coś nie tak z moją twarzą ? Mam coś na niej ?-Zapytała speszona.
-Ależ nie !-Zaczerwieniłem się, aż po cebulki włosów. Było mi naprawdę głupio -Nie,nie ! Przepraszam !
-Niby za co ?-Była rozbawiona moim zachowaniem
-Nie,nic !-Nie mogłem ukryć zażenowania. Na szczęście z mojej niewygodnej sytuacji uratował mnie dzwoniący telefon mojej towarzyszki podróży.
-Witaj Tellef -Zaczęła rozmowę kobieta. -…Tak jestem w drodze do domu… wyjdziesz po mnie ? To cudownie !- Kobieta zakończyła rozmowę z przyjacielem.

Jechaliśmy jakieś trzy godziny. Pewnie bylibyśmy szybciej, ale z  powodu nieustającej zamieci  byliśmy w Kragerø dopiero o świcie. Za dwie godziny miał zostać odczytany testament mojego ojca. Ruszyłem w kierunku luku bagażowego. Zatrzymał mnie uścisk czyjejś ręki.
-Miło się z tobą gawędziło podczas podróży !- Powiedziała kobieta o hebanowych włosach.-Jak Ci na imię ?
-Josh …Josh Auramera- Wydukałem zaskoczony. A jak pani mienie ?
-Proszę !-Towarzyszka wręczyła mi małą karteczkę-Tu zapisany jest mój numer. Zadzwoń kiedyś, w końcu jesteśmy z tego samego miasta ,Josh. Rzadko tu bywam,ale może Ci się poszczęści ?
-Ale.. ja nie jestem z … - Nie dokończyłem ponieważ kobieta wyszła nim zdążyłem ponowić prośbę o jej imię. Przez okno zauważyłem jak wita się z jakimś mężczyzną. Pewnie był to ten cały Tellef. Z luku bagażowego wydobyłem swoje walizki i ruszyłem w kierunku pensjonatu w którym miałem się zatrzymać. Kamienne uliczki i malownicze budynki wyglądały jak z bajki. Uroku tej miejscowości dodawała mgła roztaczająca się wokoło . Rzucające się w oczy było wzgórze na którym mieściła się biała rezydencja. Pewnie był to właśnie „Bogaty dworek Veronici ” o którym mówiła mama. Ta historia jeszcze nie do końca do mnie docierała. Ruszyłem kamienną drogą do pensjonatu w którym miałem się zatrzymać. Uliczki były opustoszałe. W końcu nic dziwnego. Była dopiero szósta rano, a ludzie którzy wysiedli z pociągu już dawno się rozeszli. Jedynym dźwiękiem który roznosił głuche echo były moje buty chrzęszczące o śnieg. Śnieżyca już minęła, ale i tak był nieziemsko zimno ! W końcu po połowie godziny dotarłem do pensjonatu. Przed jego drzwiami powitał mnie jego właściciel palący papierosa.
-Pan Auramera ?-Zapytał mnie ok. dwudziestojednoletni właściciel.-Tak wcześnie? Jest dopiero szósta rano.
-Za półtora godziny mam odczyt testamentu.-Odpowiedziałem
-Ach ,no dobrze !-Zaczął-Mimo iż otwieramy dopiero o ósmej, wpuszczę pana.-Poszedłem za nim. Zaprowadził mnie na dół do recepcji, gdzie otwierając drzwi do niej podał mi klucz.
-Pana pokój-Powiedział wręczając mi srebrny klucz.-Witamy w pensjonacie pod dębami-Powiedział uroczystym tonem.-Pana pokój ma numer 204.
-Dziękuję-Powiedziałem.
-W razie czego służę pomocą. Jestem Kristian.-Przedstawił mi się
-Josh. -Teraz i ja się przedstawiłem. Po pierwszym spotkaniu ruszyłem po schodach na górę. Mój pokój był na samej górze. Pod moim krokiem skrzypiały dębowe schody. Gdy dotarłem do samej góry ruszyłem korytarzem w kierunku mojego pokoju. W  jego wnętrzu uderzył mnie silny zapach Hebanu. Heban… Sięgnąłem do kieszeni. W końcu mam jej numer ! Mogę do niej zadzwonić ! Ale nie teraz ! Zacisnąłem kartkę i schowałem ją z powrotem do kieszeni. Zająłem się rozpakowywaniem swojego bagażu. Mój pokój był skromny, ale przytulny. Koło łóżka znajdowała się mała etażka, a na półeczce ściennej stał mały telewizor (który zresztą po późniejszych badaniach nie działał). W pokoju były też dwa okna, obydwa osłonięte złotymi zasłonami. Po sprawdzeniu drewnianej podłogi,szafy,drzwi i etażki zrozumiałem dlaczego pensjonat nosi nazwę „Pod dębem”. Tu wszystko było z dębu ! Po rozpakowaniu zerknąłem w  swoją komórkę. Zegarek w telefonie wskazywał siódmą. Za godzinę miał nastąpić odczyt testamentu Papy. Nigdy nie byłem aż tak zestresowany ! Serce waliło mi niczym dzwon kościelny ! Co mogłoby się wydarzyć ? Co takiego mógł mi przepisać mój tata, który jak się okazało miał na boku inną ? Tyle pytań ,bez odpowiedzi ! Jednak nie było czasu na rozmyślania ! Za niecałe pięćdziesiąt minut wszystko się wyjaśni. Pochwyciłem płaszcz, telefon i klucze i ruszyłem schodami na dół. Tam spotkałem chłopaka z którym niecałe dziesięć minut temu przeszliśmy na „ty”.
-Już wychodzisz ?-Zapytał. –Nie spóźnij się ! O dziewiątej jest śniadanie !
-Tak !-Powiedziałem-Nie spóźnię się ! Spokojnie ! Chyba…
-Powodzenia !-Powiedział mi Kristian na odchodne.
-Dzięki !-Szybko odpowiedziałem i ruszyłem ku drodze. Miejscem odczytu testamentu miała być kancelaria adwokacka prawnika mojego taty. Mieściła się na ulicy…. Szczerze to nie pamiętałem. Pamiętałem jedynie drogę do niej prowadzącą. Z pensjonatu rusz do portu. Idź wzdłuż  straganów z rybami w kierunku galerii sztuki. Stamtąd w prawo w kierunku stacji pociągowej. Ze stacji na prosto do wzgórza. U jego stóp czeka na ciebie niebieski budynek. Trochę dziwne moim zdaniem. Zapamiętałem cała trasę, a głupiego adresu już nie… Jednak w tej chwili było to najmniej ważne ,gdyż już dotarłem do kancelarii adwokackiej. Zostało jeszcze piętnaście minut. Otworzyłem ciężkie, mosiężne drzwi. Korytarz sprawiał wrażenie mrocznego. Może to za sprawą ciemnozielonej tapety na ścianach, i hebanowych paneli. Znowu ten heban ! Czy w  Kragerø nie mają innych rodzajów drewna prócz hebanu i dębu ?!
-Mogę w czymś pomóc ?-Sekretarka siedząca przy dębowym biurku (a jakże by inaczej ! ) zerknęła na mnie spod swoich okularów.
-Ja do pana Collinza. Odczyt testamentu Jakoba Auramery.
-Ależ tak, oczywiście. Czekaliśmy na pana, panie Auramera !-Jej kucyk opadł z jej ramienia na plecy.
-Czekaliśmy ?-Zapytałem.-Myślałem, że jestem przed czasem.
-Ależ tak, ale inni zebrali się tu już wcześniej ! Możemy więc zacząć przed czasem.-Poszedłem za sekretarką pana Collinza po schodach do jego gabinetu. Szatynka zastukała w drzwi.
-Można ? Pan Auramera przyszedł -Zapytała.
-Ależ tak,proszę -Odpowiedział jej głos zza drzwi. Wszedłem do pomieszczenia za kobietą. Szybkim ruchem zbadałem pokój. Naprzeciw mnie były okna zasłonięte żaluzją. Po lewo były półki z różnymi maściami książek. Po prawo  stało biurko pana Collinza. Na środku pokoju stały cztery czarne fotele, w tym trzy zajęte przez pana Collinza, jakiegoś mężczyznę i… kobietę którą spotkałem w pociągu.
-Ty !-Krzyknęliśmy w tym samym momencie.-Co ty tu robisz ?!-Odkrzykneliśmy niemal jednocześnie
-Państwo się znacie ?-Pan Collinz był z lekka zdziwiony.
-Tak…nie…. W pewnym sensie tak, ale…. -Kobieta  próbowała  znaleźć odpowiednie słowa. Po chwili jednak podeszła do mnie z zimnym uśmiechem na ustach i rzekła:
-Więc w końcu się spotykamy Josh !-Powiedziała do mnie.-Veronica Signe. Bardzo mi miło.-Veronica podała mi rękę na przywitanie. Ja nie uczyniłem tego gestu. Ta nie zrażając się tym, z powrotem usiadła w fotelu. Więc moją towarzyszką podróży, była kochanka mojego ojca. Już wiem skąd widziałem tę twarz . Na pogrzebie mojego taty !
-Dobrze, widzę, że już się poznaliście we dwoję, więc panie Auramera przedstawię panu tylko narzeczonego pani Signe. Mężczyzna w fotelu obok wstał. Czyli Veronica ma narzeczonego !~I o dziwo nie przeszkadzało jej to we flircie ze mną w pociągu. Ciekawe…  Mężczyzna podał mi rękę.
-Tellef Rask -Miło mi !- Czy on zdawał sobie sprawę z tego kim ja jestem ! Najwyraźniej nie, a jeśli tak, to nie robił sobie z tego najmniejszego problemu.
-To ja już pójdę-Odezwała się sekretarka pana Collinza i cichutko zamknęła za sobą drzwi.
-Dobrze-Zaczął pan Collinz.- Nie pobudzajmy już chaosu proszę ! Zebraliśmy się tu ze względów prawnych a nie… -Pan Collinz przebiegł wzrokiem zebranych- …prywatnych-Dokończył. Chyba nie to chciał powiedzieć... W ręku trzymał dokument a także jakąś dziwną książeczkę. Dokumentem pewnie był testament, ale książeczka ? Nie miałem pomysłu czym mogła być.
-Chyba wszyscy wiedzą dlaczego się tu zebraliśmy.-Zaczął mężczyzna-Komuś kawy ?
-Konkrety, proszę pana, konkrety-Upomniał go Tellef
-A tak ! Przepraszam.-Odchrząknął i zaczął czytać- Z powodu mojej choroby, czuję, że moje dni na tym świecie są już policzone. Spisuję więc moją ostatnią wolę na tym arkuszu, by przyniósł on komuś szczęście… -Collinz odchrząknął i zaczął czytać dalej.- Mojej przyjaciółce Veronice zapisuję…-Przyjaciółce… wolne sobie !  To była jego kochanka, a on nazywa ją przyjaciółką. Przestałem słuchać pana Collinza. Obudziłem się dopiero wtedy, gdy wyczytał moje mienie.
-Memu synowi, Joshowi Auramera zapisuję …ogród w rezydencji Veronici Signe.
-Że co proszę ?!-Veronica nie kryła oburzenia.-Przepisał temu bachorowi ogród który JA mu przepisałam ?! A, to stary kozioł !
-Przepraszam, że co ja dziedziczę ?-Nie mogłem uwierzyć. Miałem w spadku dostać ogród w rezydencji Veronici ?
- Ogród na wzgórzu moje dziecko. Ten który Veronica Signe przepisała twojemu ojcu !- Więc to przepisał mi mój ojciec. Jakiś ogród na wzgórzu ?
-Kochanie ,uspokój się- Tellef próbował uspokoić Veronicę.
-Jak mam się uspokoić ?! Ten gówniarz przejmie 10 % udziałów w mojej firmie !
- Że co ?- Byłem już lekko nie o tyle zdziwiony, a zblazowany.
-Otóż na terenie tego ogrodu znajdują się rzadkie okazy kwiatów, a także ule, z których pozyskuję miód lawendowy do wyrobu kosmetyków dla mojej firmy. Myślałam, że ten dureń przepisze na mnie ten ogród !
-Skoro ten ogród jest dla ciebie źródłem dochodów, to czemu mu go przepisałaś ?-Zapytałem zdziwiony.
-Bo sama nie mogłam go prowadzić, a on miał go rozbudować i zatrudnić pracowników !
-Czyli, że od teraz ten ogród jest mój ?-Zapytałem.
-Bezczelny! -Veronica nie mogła się uspokoić- Uch, no dobra. Idę po dokumenty własności.
-Ale to chyba moja robota ?-Zapytał równie zblazowany co ja pan Collinz.
-Zamknij się !-Kobieta o hebanowych włosach wyszła, ale po niecałych piętnastu minutach wróciła na swoje miejsce z plikiem kartek w ręce.
-Proszę !-Powiedziała.-Podpisz to ! To akt własności moich… ekhm, przepraszam… twoich ogrodów.-Wręczyła mi dokument. Uważnie go przeczytałem. Wszystko się zgadzało. Akt mówił o przekazaniu na moją własność ogrodów na wzgórzu. Podpisałem go.-Dobrze…- Powiedziała Veronica.-Teraz podpisz kopię . Trzeba być zabezpieczonym w razie czego.-Tym razem już omijając tekst po prostu podpisałem.
-Dobrze więc…- Zaczęła Veronica-Pracę możesz zacząć od jutra. Wyżywienie i miejsce do spania będziesz miał przygotowane.
-Że co ?-Byłem zaskoczony- O czym ty mówisz ?! Przecież ten dokument jasno wskazuje, że posiadam na własność ogrody na wzgórzu, a ty mi wyskakujesz z jakąś pracą ?!
-Przepraszam bardzo, jaki dokument ?-Veronica udawała głupią.
-Ten który trzymasz w ręce !-Byłem już lekko poirytowany. A jak gdyby nigdy nic pan Collinz i Tellef przyglądali się nam ,jak gdybyśmy byli cyrkowcami. Veronica wyjęła zapalniczkę i podpaliła dokument.
-Co ty u licha wyprawiasz ?-Lecz zanim zdążyłem zareagować dokument już się spalił.
-Ja ? Nic. Właśnie podpisałeś umowę o pracę jako posada ogrodnika w moich ogrodach ! A także dokument, w którym zaświadczasz, że to JA jestem ich właścicielką, nie TY !
-Co ? Ale to miały być kopie aktu własności !
-Miały ! To dobre słowo !-Odrzekła triumfalnie Veronica.
-Panie Collinz !-  Nic pan nie zrobi ?-Zwróciłem się do pana Collinza. -Może pan zaświadczyć o próbie oszustwa ?!
-Od kiedy to pijany może cokolwiek zaświadczać ?-Zapytał triumfalnie Tellef.
-Co ?-Zapytałem.
-No…cóż. Ja lubię sobie…no czasem trochę wypić w pracy….ale ,żeby od razu pijany hehe...-Pan Collinz był zażenowany.
-Nie ! Nie, nie ,nie ,nie ,nie !-Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
-A więc….- Zaczęła Veronica-Witam na pokładzie pracowników mojej rezydencji !-Nie. Nie, to musiał być sen ! Ja nie mogłem właśnie sam się zatrudnić u kochanki mojego ojca, prawda ?!

sobota, 24 maja 2014

Rozdział 1:List


-Jezuu- Krzyknąłem,  gdy dwie książki leciały z półki wprost na mnie. Jeśli pan Anderstader  zauważy, że znowu nie radzę sobie z takim prostym zadaniem jak odkurzanie książek to znów się na mnie wydrze. „No nic. Trzeba je odłożyć”. Poszedłem do schowka po drabinę. Po wróceniu podstawiłem ją pod regałem z książkami i wszedłem na nią.
-Jezuuuuu- Wrzasnąłem po raz kolejny, gdy poleciałem w dół nie tylko z drabiną ale także…. Z regałem na książki. Po chwili poczułem ból w klatce piersiowej. Nie mogłem oddychać. Było ciemno. Nagle coś się ruszyło. „Jestem uratowany” -Pomyślałem, ale zaraz zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem kto mnie uratował. Był to pan Anderstader, mój szef i właściciel księgarni w której byłem zatrudniony. Jego twarz przybrała chęć mordu i nabrała purpurowego odcieniu.
-Panie Auramera…- Zaczął- To już szósty raz w tym tygodniu a mamy dopiero  wtorek rano.-Chyba nie zostaje mi nic innego, jak pana zwolnić, panie Auramera. –Zerwałem się na równe nogi. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Byłem dobrym i szanowanym pracownikiem przez niecałe dwa lata. Jednak jak to powiedział pan Anderstader: ” Ostatnio zacząłeś się „psuć” chłopcze. Jeśli twój stan otępienia nie poprawi się będziemy musieli się pożegnać.” Ten „stan otępienia” jak on to nazwał , to nic innego jak stres poegzaminowy. Od dwóch miesięcy nie myślę o niczym innym jak tylko o wynikach egzaminów kończących studia. To mnie zupełnie dekoncentruje.
-Zaraz… Mnie się nie wyrzuca z pracy !-Rzekłem oburzony.-Sam odchodzę !- Po czym zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem ku drzwiom wyjściowych. Przekroczyłem próg księgarni i nagle mnie olśniło. Wróciłem się do budynku.
-Zaraz… to pan mnie wyrzucił, zgadza się ?-Zapytałem.
-Owszem.-Na jego twarzy pojawił się prawie niezauważalny uśmieszek.
-Dzynk. Wisi mi więc pan odprawę.- Zaśmiałem się pod nosem i wyszedłem z budynku w którym mieściła się moja już była praca. Wychodząc zauważyłem, że twarz pana Anderstader’a pobielała. No więc… właśnie zostałem bezrobotny. A właściwie zostanę nim, gdy podpiszę rozwiązanie umowy o pracę. Ruszyłem ku domowi. Zaśnieżone uliczki  Kabelvåg  wyglądały prześlicznie podczas nocy polarnej. Mój dom mieścił się we wschodniej części miasteczka. O tej godzinie uliczki stały puste, więc  słychać było tylko chrzęszczenie moich butów na śniegu. Po około piętnastu minutach wędrówki dotarłem do domu. Mama pewnie dopiero zaczęła przygotowywać obiad, ponieważ spodziewała się mojego powrotu dopiero za dwie godziny. Moja sytuacja życiowa wygląda trochę śmiesznie. Moja dziewczyna rzuciła mnie dla młodszego, przez co musiałem zamieszkać ponownie z mamą, ponieważ z powodu studiów nie mogłem wynająć mieszkania. Ojciec zmarł sześć lat temu, kiedy miałem 14 lat podczas zimowych połowów. W rodzinie panował głód, więc  mój ojciec wraz z innymi mężczyznami  u których w rodzinie też się nie przelewało, wypływali na zimowe połowy do Kragerø, by później przysłać pocztą pieniądze z połowów.
-Tak wcześnie wróciłeś ?-Mama skomentowała mój powrót do domu.
-Mamo, właśnie patrzysz na bezrobotnego.-Odparłem zażenowany.
-Eh…
-Co ?-Byłem zaskoczony.-Nie nakrzyczysz na mnie ? Nie spierzesz mnie ? Nie nawyzywasz mnie ,nie wpadniesz w depresję ?
-A po co ?-Odparła spokojnie mama.-To twoje życie, nie moje. Rób sobie co zechcesz, bylebyś się dołożył do miesięcznych rachunków. Mój dom to nie darmowy hotel. Jak nie płacisz, to spadasz !
-Jesteś bez serca !-Zacząłem udawać , że płaczę. Tak naprawdę nie dziwiłem się mamie. Ledwo wiązała koniec z końcem mieszkając sama, a co dopiero mieszkając ze mną i utrzymując mnie. Pensja sklepikarki w warzywniaku to nie były kokosy nie z tej ziemi.
-Raczej nie bez serca a bez 10 000 koron pensji miesięcznie.-Mama udała obrażoną. Naprawdę kochałem tę kobietę. Takiej matki nikt nie miał. Ruszyłem do Westfalki. Tęskniłem za ciepłem po 15 minutach na -30 stopniowym mrozie. Ogrzałem się i położyłem rękawiczki na stoliku. Zauważyłem na nim list wśród kupki papierów do spalenia. Co więcej był to list do mnie.
-O, a co to ?-Zapytałem mamy.
-Nic takiego ,synku !-Mama próbowała wydrzeć mi z ręki list.
-Hej !-Zawołałem głośniej aniżeli chciałem.-To moje. Mamo oddaj !-Próbowałem wydrzeć list z rąk mamy. W końcu udało mi się. Otworzyłem kopertę jedną ręką, a drugą odpychałem mamę. Co się z nią do cholery stało?  Dopiero odpuściła ,gdy list spoczął na mojej ręce i zacząłem śledzić pierwsze linijki tekstu. Gdy skończyłem spojrzałem na mamę. Miała kamienną twarz.
-Wiedziałaś o tym ?-Głos mi się załamywał. I dlaczego nic mi nie powiedziałaś. Spojrzałem na datę listu.  12.12.03 r. Czyli został wysłany równo cztery miesiące temu, ale data odczytu wypadała na cztery dni do przodu. Dlaczego mama nic mi nie powiedziała ? Czy to była jakaś niewygodna sprawa ? Raczej nie, więc dlaczego do cholery ukrywała przede mną coś takiego ? Spojrzałem na nią.-Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałaś ?

-Joshuś, proszę Cię, nie denerwuj się !-Próbowała ubłagać mnie mama. Jej twarz przybrała prawie, że identyczny kolor jak jej rude włosy.
-Tu jest wyraźnie napisane, że mam się stawić na odczytanie testamentu mojego ojca. Dlaczego nie chciałaś by ten list do mnie trafił ?-Zapytałem w gniewie.
-Po to by cię chronić Josh. -Mama wyraźnie coś przede mną ukrywała. Tylko co ?
-A co takiego może być w durnym testamencie ?-Nie kryłem oburzenia.
-Josh,synku. Wiesz jak to jest. Kiedy ktoś umiera, a po jego śmierci mówi się o nim złe rzeczy,jest to absolutnie niemoralne.
-Nie rozumiem ? Co mają złe rzeczy do testamentu papy ?
-Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Modliłam się by nadszedł jak najpóźniej. Widać Bóg w tej kwestii nie chciał mnie więcej słuchać-Mama zaśmiała się krótko i ponuro.-Lepiej zagotuję nam herbaty. Usiądź w salonie dziecko. Zaraz wszystko Ci opowiem.
-A więc ? O co chodzi ?-Zapytałem już nieco łagodniej, popijając herbatę.-Opowiesz mi,o co się rozchodzi ?
-Jesteś gotowy synku ?-Zapytała matka.-To dobrze. Bo muszę Ci wyznać, że od całych sześciu lat żyjesz w sieci kłamstw. Sieci zbudowanej przeze mnie samą. Sieci  dotyczącej twojego Ojca. Jak wiesz, twój ojciec co roku wypływał wraz z innymi rybakami do Kragerø. To było kłamstwo. Jak się dowiedziałam niecały miesiąc po śmierci Jakoba od jego kochanki…tak synku. Kochanki.-Byłem zszokowany. Mój wzór do naśladowania czyli papa, miał kogoś na boku ? Dla mnie w tym momencie to było niepojęte.-Jak już mówiłam-Mama kontynuowała opowieść-Ojciec miał kochankę w Kragerø. To do niej jeździł w każde zimowe połowy, a pieniądze które od niego dostawaliśmy pochodziły z jej skarbca. Ona; nazywała się Veronica. Była bogata. Pochodziła z pięknego dworu, w którym mieszkał twój ojciec podczas zimowych połowów. Aż w końcu zabił się spadając ze schodów.
-No dobrze… -Zacząłem-Ale dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz ?
-Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, iż ojciec był dla ciebie wzorem do naśladowania. Był niczym Thor. Więc wiedziałam, że taka wiadomość sprawi Ci ogromny ból. Dlatego chciałam Cię przed tym bronić. Uzmysławiałam sobie, że kłamstwo jest złe, lecz  w chwili podjęcia decyzji o zatajeniu tej historii uznałam, że to kłamstwo będzie mniejszym złem.
-Jednak widzisz, że ta opowieść jakoś nie zrobiła na mnie większego wrażenia -Skłamałem. Tak naprawdę ta wiadomość była dla mnie szokiem. Jednak postanowiłem tego nie pokazywać, by nie sprawić mojej rodzicielce większych zmartwień. To także było mniejszym złem. -No, ale co ma do tego testament papy ?
-Otóż co ma do zaoferowania twój Ojciec ? No właśnie. Podejrzewam, że jest to  coś związanego z Veronicą, a nie zniosłabym myśli, że któreś z nas miałoby mieć z nią  do czynienia. Pewnie mu coś siksa jedna zapisała, a ten chce Ci to ofiarować.
-A skąd w ogóle wiesz o romansie mojego Ojca ?-Zpaytałem.
-Pamiętasz tę tajemniczą kobietę w czerni na pogrzebie Jakoba ?-Zapytała mama. Jakob-tak miał na imię mój zmarły tata.
-Owszem.- Przyznałem.-Czy chcesz mi powiedzieć, że…
-Tak ! To była Veronica. Opowiedziała mi całą historię romansu patrząc na mnie z wyższością. W tamtej chwili nie wierzyłam jej i byłam święcie przekonana, że łże, ale przedstawiła mi listy które do siebie pisali, a także akty notarialne miejsc ,które mu przepisała.
-Więc ojciec miał kochankę.-Pogrążyłem się w zadumie.-No nic. Ale i tak chcę pojechać do Kragerø. Chcę wiedzieć co mój Ojciec mi przepisał.-Wstałem podnosząc filiżankę po herbacie i skierowałem się do zlewu, by ją umyć.
-Posłuchaj mnie !-Powiedziała łagodnie, ale stanowczo matka.- To naprawdę zły pomysł ! Nie wiesz co Cię tam czeka ! Nie wiesz z czym będzie się jeść taka wyprawa.
-Mój ojciec jednak coś posiadał-Odpowiedziałem.- I chcę wiedzieć co !
-Ja bym jednak nie jechała !-Mama stanowczo odradzała mi mój pomysł.- Nic nie wiesz ani o tym mieście, ani o samej Veronice. Skąd wiesz czy ojciec nie przepisał Ci jakiś długów ? Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
-Mamo !-Jęknąłem. – Już skończyłaś ? Już postanowiłem i nie zmienisz mojego zdania. Jadę do Kragerø na odczyt testamentu papy cokolwiek by to nie było ! Chcę wiedzieć co mi przepisał i dlaczego. Oraz chcę poznać tę, która śmiała pójść do łóżka z żonatym mężczyzną.
-Zrobisz jak zechcesz.-Mama zrezygnowała opuściła głowę i podreptała do swojego pokoju.
-Poczekaj aż rozpalę w twoim pokoju !-Zawołałem-Strasznie zmarzniesz !
-Trudno. I tak już jestem zlana zimnym potem.
-Eh.-Mruknąłem. Zgasiłem ogień w Westfalce i rozpaliłem ogień z kolei w palenisku w moim pokoju. Rozebrałem się, ubrałem w pidżamę i wpęzłem pod pierzynę. Wtuliłem głowę do poduszki i zacząłem się zastanawiać „Co takiego mógł przepisać mi tata ?” I z tą myślą poszedłem spać.

*

Wstałem wcześnie rano. Tak przynajmniej mi się zdawało, bo była już dziewiąta rano. Włożyłem miękkie kapciochy w niebieskie króliczki ,ze szklanymi czarnymi, głębokimi jak studnia oczami i podreptałem do kuchni. Rozpaliłem Westfalkę. Położyłem na fajerce patelnię i wyjąłem z szafki jajka i mąkę, po czym zacząłem przygotowywać omlety. Widać syk smażenia i zapach poczuła mama, ponieważ przyszła do kuchni wąchając woń omletów.
-Już wstałeś ? Jest dopiero dziewiąta.-Dla mamy najwcześniejszą godziną do wstawania była dziesiąta trzydzieści.-O, omlety ? Czym sobie zasłużyłam, że przygotowujesz moje ulubione śniadanko ?
-W końcu to nasze ostatnie śniadanie na jakiś czas, więc wolałem przygotować coś specjalnego.
-A, no tak.-Mama wyraźnie posmutniała.-Czyli jednak nie zmieniłeś decyzji ?
-Nie i nie próbuj mnie znowu przekonywać do zmiany zdania. Twoje już znam, ale nie wpłynie na moje.
-No dobrze, ale zapomniałeś o jednym szczególiku.
-Jakim ?-Byłem wyraźnie zdziwiony.
-Jak pojedziesz do Kragerø ? Ulice są zasypane. Pociągi nie funkcjonują, tramwaje też. Autobusy nie dojeżdżają stąd do Kragerø, a my nie posiadamy samochodu. Jak dojedziesz na odczyt testamentu ?-No tak. Przecież nie mogłem dostać się na drugi koniec kraju w trzy dni, w dodatku taką pogodę.
-Coś się wymyśli.-Mruknąłem.- Jeśli chciałaś mnie zniechęcić to Ci się udało.
-Widzisz ?-Mama nalała sobie kawy.-Ja zawsze mam rację. Zresztą jak każda matka.-Zdałem sobie sprawę, że ona naprawdę ma rację. Zresztą nie po raz pierwszy. No bo niby jak dostanę się do Kragerø bez żadnego środka transportu ? Zacząłem nakładać omlety. Jednak nie byłem głodny. Najadałem się ciekawością jaka treść była zapisana w testamencie taty. Wyjrzałem przez okno. Znów Fredrik-pięćdziesiąt øre jechał swoją bryczką. Jego przezwisko wzięło się od prac które wykonywał. Nie ważne jaka to była praca, zawsze brał pięćdziesiąt øre. W tym momencie zapaliła mi się żaróweczka nadziei. Szybko nałożyłem omlety i w samym szlafroku wybiegłem na podwórze.
-A ty gdzie ?!-Zapytała histerycznie matka wołając za mną. Jednak ja nie zbaczając na jej słowa pobiegłem do brzyczki.
-Fredrik,Fredrik. Stój !-Zakrzyczałem, goniąc za jego bryczką.
-Co się stało ?-Zapytał Fredrik.
-Posłuchaj…. -Opowiedziałem mu całą historię. Oczywiście pominąłem romans ojca. Po co ludzie mieli się dowiadywać o moich sprawach rodzinnych.
-Więc tak się sprawa ma.-Powiedział czarnowłosy Fredrik. -Ale czego ode mnie konkretnie chcesz ?
-A, wybacz. Zapomniałem przejść do sedna. Możesz zawieść mnie swoją bryczką do Kragerø ?
- Kragerø ?!-Zakrzyknął Fredrik.-Hmmm… no cóż…
-Oferuję 25 koron.-Powiedziałem. Fredrik był moją ostatnią deską ratunku na przyjazd do Kragerø.
-Pomyślmy. Z  Kabelvåg do Kragerø jest jakieś.. powiedzmy w przybliżeniu 1700 km. W cztery dni to jest niewykonalne.
-50 koron ?-Zapytałem błagalnie.
-Ale jeśli Cię nie zawiozę stracę imię tego który „każdą legalną pracę wykona”, więc zgoda. Zawiozę Cię do Kragerø, ale pod jednym warunkiem.
-Jakim ?-Spytałem.
-Jeśli wezmę od ciebie opłatę w wysokości pięćdziesiąt øre.
-Tylko ?-Fredrik rozśmieszył mnie do łez.
-Jeśli wezmę więcej ,stracę swoje dobrę imię i przydomek.
-A więc zgoda. Kiedy ruszamy ?-Ledwo się wypowiedziałem, gdyż śmiech dławił mnie w gardle. Fredrik jak zawsze był niemożliwy.
-Nawet teraz panie kapitanie. Powiedz tylko kiedy będziesz gotowy.
-A więc idę się pakować.-Zaszczebiotałem wesoło. Pewnie już dawno zaczęło mi być zimno, gdyby nie euforia wypełniająca mnie po otrzymaniu tej fantastycznej wiadomości dawała mi ciepło.
-Pozdrów Dorthe ode mnie !-Zakrzyknął na pożegnanie Fredrik. Dorthe-tak miała na imię moja matka
-Gdzie ty byłeś ?-Zapytała mama, z buzią pełną jedzenia, gdy wszedłem do kuchni.
-Załatwić coś.-Odparłem uradowany.
-A co ?-Zapytała mama wyraźnie zdziwiona.
-Swój wyjazd do Kragerø .-Odparłem.
-Więc jednak się wybierasz ?-Zapytała mnie mama ,a w jej głosie było słychać pewną nutę smutku.
-Tak, ale nie martw się o mnie. Z tej bitwy wrócę z tarczą. Obiecuję.

*

-Spakowany ?-Zapytał mnie Fredrik wyraźnie skołowany na widok mojego bagażu.
-Tak !-Rzekłem uradowany.-Ruszamy do Kragerø !
-Uważaj na siebie !-Mama uściskała mnie po raz pierwszy w życiu tak mocno, że aż brakowało mi tchu.
-Spokojnie Dorthe ! Przecież jest ze mną-Odparł Fredrik.
-Tak Khym, khym.-Mama uważała Fredrika za nieodpowiedzialnego chłopa. Sam tłumiłem śmiech. Jednak zniknął, gdy zobaczyłem idącego do mnie pana Anderstadera i jego żonę.
-Więc wybierasz się do Kragerø ?-Zagadnął starszy człowiek.-Powodzenia mój chłopcze.
-To dla ciebie !-Pani Anderstader podała mi półmisek z naleśnikami lefse. –Szerokiej drogi-powiedziała mi uśmiechając się przy tym.
-Dziękuję.-Przyjąłem podarek.-No, chyba już czas w drogę !-Powiedziałem i wsiadłem do bryczki Fredrika. Jeszcze przez chwilę żegnałem się z przybyłymi. W końcu jednak z Fredrikiem wyrusziliśmy w drogę.
-A więc-Zagadnął Fredrik. -Chcesz jednego lefse ?
-Chętnie. W końcu długa droga przed nami…