-Tutaj będziesz
musiał wysiąść-Powiedział Fredrik.
-Już ?-Byłem zdziwiony. Według mapy zostało jeszcze jakieś
pięćdziesiąt kilometrów.-Przecież jeszcze pięćdziesiąt kilometrów ! Dlaczego
każesz mi wysiadać ?
-Spójrz wokoło-Powiedział towarzysz podróży.
-Śnieg. I co z tego ?-Nie kryłem zdziwienia.
-No właśnie ! Śnieg ! Drogi są zasypane. A te które ominął
śnieg, są zlodowaciałe. Nie ma szans byśmy do jutra dojechali do Kragerø .
Prędzej wpadniemy w poślizg.-Mówiąc do
mnie zaczął wypakowywać moje walizki.
-Ale …ale nie możesz mnie tu zostawić !- Krzyknąłem na niego
!
-Nie nazwałbym tego zostawieniem… -Zaczął Fredrik- Raczej pozwoleniem iść dalej na piechotę !- I
nim zdążyłem cokolwiek wykrztusić jego już nie było. Odjechał z powrotem w
kierunku Kabelvaag. Jak on mógł ?! Prędzej zamarznę niż dotrę do Kragerø. Ale
no cóż ! Według mapy nie dalej jak pięć kilometrów stąd jest stacja pociągowa.
Może pociągiem dojadę do Kragerø ? Ale skoro jest śnieżyca, to pewnie pociągi
nie kursują ? Jednak postanowię spróbować. Nigdy nic nie wiadomo.
Przejście tych
pięciu kilometrów zajęło mi ok. godziny. Pewnie byłbym tam prędzej, gdyby nie
śnieg mierzący mi do kolan. Jednak nie czas na marudzenie ! Stacja tonęła w
odcieniach czerwieni i żółci. Te przytulne kolory z pewnością spełniały swoją
funkcję w takie dni jak ten. Oprócz mnie na stacji była jeszcze jedna osoba.
Była to piękna, brązowowłosa kobieta w fioletowej sukni. W ręku trzymała teczkę
i walizkę. Ciekawe czy jej celem podróży też jest Kragerø ? Nie widziałem
dokładnie jej twarzy ale była znajoma. Czy ja jej kiedyś już nie spotkałem ? Chciałem ją o to spytać, ale
przecież nie pójdę do niej i nie zapytam „Hej, czy my już kiedyś się nie
spotkaliśmy ?” Zamiast prostego pytania brzmiało by to raczej jak kiepski podryw.
Sprawdziłem rozkład pociągów . Jest ! Pociąg do Kragerø, i to nawet za jakieś…
30 minut temu ? O nie ! Spóźniłem się na pociąg, a następny dopiero za jakieś
dwie godziny. No to pięknie ! W takim tempie nie zdążę na odczyt testamentu
Papy. W trakcie moich rozmyślań nie zauważyłem, że właśnie w tej chwili na
peron podjeżdża pociąg. Ocknąłem się dopiero gdy konduktor zakrzyknął:
-Spóźniony pociąg do Kragerø !-Czyli jednak jest szansa !-
Pochwyciłem szybko swój bagaż i ruszyłem w kierunku pociągu. Moja towarzyszka z
peronu także skierowała się w kierunku pociągu.
-O, witam panią !-Powiedział uroczyście konduktor, gdy
brązowowłosa piękność wsiadła do pociągu.-Skąd tym razem pani wraca
?-Kontynuował postury mężczyzna.
-Liverpool-Rozpoczęła kobieta.-Głos miała słodki niczym
miód, a jednocześnie poważny i twardy niczym skała.-Ci Anglicy nie mają za
grosz poczucia smaku ! Tęskniłam za norweską kuchnią. Ci kontrahenci z Anglii
też nie są lepsi o ich żarcia ! Gbure jakich mało ! Dobrze, że moja firma rozwiązuje z nią
działalność za trzy miesiące. Nienawidzę podróży przez morze północne !
Niedługo wyjeżdżam do Kopenhagi więc nie będzie mnie spory kawałek czasu. A co
u pana ?-Zapytała kobieta, po długim monologu.
-Aaa, po staremu.- Zaśmiał się mężczyzna !- Mój zawód nie
daje takich wrażeń jak pani. Odjazd !!!-Zakrzyknął konduktor gdy wsiedliśmy do
pociągu. Myślałem, że przedziały będą puste, a tymczasem roiło się w nich od
pasażerów. Znalazłem jednak jeden przedział zupełnie pusty. Pozostawiłem
walizki w luku bagażowym i usiadłem na miejscu. Po niespełna 10 minutach, do
przedziału weszła kobieta z którą czekaliśmy na pociąg.
-Można ?-Zapytała uprzejmie.
-Ależ oczywiście.-Powiedziałem lekko się czerwieniąc-Proszę.
-Teraz mogłem dokładnie się jej przyjrzeć. Wyglądała na około trzydzieści lat,
czyli mniej więcej była dziesięć lat starsza ode mnie. Jej hebanowe włosy były rozpuszczone. Nosiła
fioletową suknię z czasów wiktoriańskich, a jej smukłą talię podkreślał czarny
gorset.
-Czy coś nie tak ?-Zorientowała się, gdy za długo na nią
patrzyłem.-Coś nie tak z moją twarzą ? Mam coś na niej ?-Zapytała speszona.
-Ależ nie !-Zaczerwieniłem się, aż po cebulki włosów. Było
mi naprawdę głupio -Nie,nie ! Przepraszam !
-Niby za co ?-Była rozbawiona moim zachowaniem
-Nie,nic !-Nie mogłem ukryć zażenowania. Na szczęście z mojej
niewygodnej sytuacji uratował mnie dzwoniący telefon mojej towarzyszki podróży.
-Witaj Tellef -Zaczęła rozmowę kobieta. -…Tak jestem w
drodze do domu… wyjdziesz po mnie ? To cudownie !- Kobieta zakończyła rozmowę z
przyjacielem.
Jechaliśmy jakieś trzy godziny. Pewnie bylibyśmy szybciej,
ale z powodu nieustającej zamieci byliśmy w Kragerø dopiero o świcie. Za dwie
godziny miał zostać odczytany testament mojego ojca. Ruszyłem w kierunku luku
bagażowego. Zatrzymał mnie uścisk czyjejś ręki.
-Miło się z tobą gawędziło podczas podróży !- Powiedziała
kobieta o hebanowych włosach.-Jak Ci na imię ?
-Josh …Josh Auramera- Wydukałem zaskoczony. A jak pani
mienie ?
-Proszę !-Towarzyszka wręczyła mi małą karteczkę-Tu zapisany
jest mój numer. Zadzwoń kiedyś, w końcu jesteśmy z tego samego miasta ,Josh. Rzadko tu bywam,ale może Ci się poszczęści ?
-Ale.. ja nie jestem z … - Nie dokończyłem ponieważ kobieta
wyszła nim zdążyłem ponowić prośbę o jej imię. Przez okno zauważyłem jak wita
się z jakimś mężczyzną. Pewnie był to ten cały Tellef. Z luku bagażowego
wydobyłem swoje walizki i ruszyłem w kierunku pensjonatu w którym miałem się
zatrzymać. Kamienne uliczki i malownicze budynki wyglądały jak z bajki. Uroku
tej miejscowości dodawała mgła roztaczająca się wokoło . Rzucające się w oczy
było wzgórze na którym mieściła się biała rezydencja. Pewnie był to właśnie
„Bogaty dworek Veronici ” o którym mówiła mama. Ta historia jeszcze nie do
końca do mnie docierała. Ruszyłem kamienną drogą do pensjonatu w którym miałem
się zatrzymać. Uliczki były opustoszałe. W końcu nic dziwnego. Była dopiero
szósta rano, a ludzie którzy wysiedli z pociągu już dawno się rozeszli. Jedynym
dźwiękiem który roznosił głuche echo były moje buty chrzęszczące o śnieg.
Śnieżyca już minęła, ale i tak był nieziemsko zimno ! W końcu po połowie
godziny dotarłem do pensjonatu. Przed jego drzwiami powitał mnie jego
właściciel palący papierosa.
-Pan Auramera ?-Zapytał mnie ok. dwudziestojednoletni
właściciel.-Tak wcześnie? Jest dopiero szósta rano.
-Za półtora godziny mam odczyt testamentu.-Odpowiedziałem
-Ach ,no dobrze !-Zaczął-Mimo iż otwieramy dopiero o ósmej,
wpuszczę pana.-Poszedłem za nim. Zaprowadził mnie na dół do recepcji, gdzie
otwierając drzwi do niej podał mi klucz.
-Pana pokój-Powiedział wręczając mi srebrny klucz.-Witamy w
pensjonacie pod dębami-Powiedział uroczystym tonem.-Pana pokój ma numer 204.
-Dziękuję-Powiedziałem.
-W razie czego służę pomocą. Jestem Kristian.-Przedstawił mi
się
-Josh. -Teraz i ja się przedstawiłem. Po pierwszym spotkaniu
ruszyłem po schodach na górę. Mój pokój był na samej górze. Pod moim krokiem
skrzypiały dębowe schody. Gdy dotarłem do samej góry ruszyłem korytarzem w
kierunku mojego pokoju. W jego wnętrzu
uderzył mnie silny zapach Hebanu. Heban… Sięgnąłem do kieszeni. W końcu mam
jej numer ! Mogę do niej zadzwonić ! Ale nie teraz ! Zacisnąłem kartkę i
schowałem ją z powrotem do kieszeni. Zająłem się rozpakowywaniem swojego
bagażu. Mój pokój był skromny, ale przytulny. Koło łóżka znajdowała się mała
etażka, a na półeczce ściennej stał mały telewizor (który zresztą po późniejszych
badaniach nie działał). W pokoju były też dwa okna, obydwa osłonięte złotymi
zasłonami. Po sprawdzeniu drewnianej podłogi,szafy,drzwi i etażki zrozumiałem
dlaczego pensjonat nosi nazwę „Pod dębem”. Tu wszystko było z dębu ! Po
rozpakowaniu zerknąłem w swoją komórkę.
Zegarek w telefonie wskazywał siódmą. Za godzinę miał nastąpić odczyt
testamentu Papy. Nigdy nie byłem aż tak zestresowany ! Serce waliło mi niczym
dzwon kościelny ! Co mogłoby się wydarzyć ? Co takiego mógł mi przepisać mój
tata, który jak się okazało miał na boku inną ? Tyle pytań ,bez odpowiedzi !
Jednak nie było czasu na rozmyślania ! Za niecałe pięćdziesiąt minut wszystko
się wyjaśni. Pochwyciłem płaszcz, telefon i klucze i ruszyłem schodami na dół.
Tam spotkałem chłopaka z którym niecałe dziesięć minut temu przeszliśmy na
„ty”.
-Już wychodzisz ?-Zapytał. –Nie spóźnij się ! O dziewiątej
jest śniadanie !
-Tak !-Powiedziałem-Nie spóźnię się ! Spokojnie ! Chyba…
-Tak !-Powiedziałem-Nie spóźnię się ! Spokojnie ! Chyba…
-Powodzenia !-Powiedział mi Kristian na odchodne.
-Dzięki !-Szybko odpowiedziałem i ruszyłem ku drodze.
Miejscem odczytu testamentu miała być kancelaria adwokacka prawnika mojego
taty. Mieściła się na ulicy…. Szczerze to nie pamiętałem. Pamiętałem jedynie
drogę do niej prowadzącą. Z pensjonatu rusz do portu. Idź wzdłuż straganów z rybami w kierunku galerii sztuki.
Stamtąd w prawo w kierunku stacji pociągowej. Ze stacji na prosto do wzgórza. U jego stóp
czeka na ciebie niebieski budynek. Trochę dziwne moim zdaniem. Zapamiętałem
cała trasę, a głupiego adresu już nie… Jednak w tej chwili było to najmniej
ważne ,gdyż już dotarłem do kancelarii adwokackiej. Zostało jeszcze piętnaście
minut. Otworzyłem ciężkie, mosiężne drzwi. Korytarz sprawiał wrażenie
mrocznego. Może to za sprawą ciemnozielonej tapety na ścianach, i hebanowych
paneli. Znowu ten heban ! Czy w Kragerø
nie mają innych rodzajów drewna prócz hebanu i dębu ?!
-Mogę w czymś pomóc ?-Sekretarka siedząca przy dębowym
biurku (a jakże by inaczej ! ) zerknęła na mnie spod swoich okularów.
-Ja do pana Collinza. Odczyt testamentu Jakoba Auramery.
-Ależ tak, oczywiście. Czekaliśmy na pana, panie Auramera
!-Jej kucyk opadł z jej ramienia na plecy.
-Czekaliśmy ?-Zapytałem.-Myślałem, że jestem przed czasem.
-Ależ tak, ale inni zebrali się tu już wcześniej ! Możemy
więc zacząć przed czasem.-Poszedłem za sekretarką pana Collinza po schodach do
jego gabinetu. Szatynka zastukała w drzwi.
-Można ? Pan Auramera przyszedł -Zapytała.
-Ależ tak,proszę -Odpowiedział jej głos zza drzwi. Wszedłem
do pomieszczenia za kobietą. Szybkim ruchem zbadałem pokój. Naprzeciw mnie były
okna zasłonięte żaluzją. Po lewo były półki z różnymi maściami książek. Po
prawo stało biurko pana Collinza. Na
środku pokoju stały cztery czarne fotele, w tym trzy zajęte przez pana
Collinza, jakiegoś mężczyznę i… kobietę którą spotkałem w pociągu.
-Ty !-Krzyknęliśmy w tym samym momencie.-Co ty tu robisz
?!-Odkrzykneliśmy niemal jednocześnie
-Państwo się znacie ?-Pan Collinz był z lekka zdziwiony.
-Tak…nie…. W pewnym sensie tak, ale…. -Kobieta próbowała
znaleźć odpowiednie słowa. Po chwili jednak podeszła do mnie z zimnym
uśmiechem na ustach i rzekła:
-Więc w końcu się spotykamy Josh !-Powiedziała do
mnie.-Veronica Signe. Bardzo mi miło.-Veronica podała mi rękę na przywitanie.
Ja nie uczyniłem tego gestu. Ta nie zrażając się tym, z powrotem usiadła w
fotelu. Więc moją towarzyszką podróży, była kochanka mojego ojca. Już wiem skąd
widziałem tę twarz . Na pogrzebie mojego taty !
-Dobrze, widzę, że już się poznaliście we dwoję, więc panie
Auramera przedstawię panu tylko narzeczonego pani Signe. Mężczyzna w fotelu
obok wstał. Czyli Veronica ma narzeczonego !~I o dziwo nie przeszkadzało jej to
we flircie ze mną w pociągu. Ciekawe…
Mężczyzna podał mi rękę.
-Tellef Rask -Miło mi !- Czy on zdawał sobie sprawę z tego
kim ja jestem ! Najwyraźniej nie, a jeśli tak, to nie robił sobie z tego
najmniejszego problemu.
-To ja już pójdę-Odezwała się sekretarka pana Collinza i
cichutko zamknęła za sobą drzwi.
-Dobrze-Zaczął pan Collinz.- Nie pobudzajmy już chaosu
proszę ! Zebraliśmy się tu ze względów prawnych a nie… -Pan Collinz przebiegł
wzrokiem zebranych- …prywatnych-Dokończył. Chyba nie to chciał powiedzieć... W
ręku trzymał dokument a także jakąś dziwną książeczkę. Dokumentem pewnie był
testament, ale książeczka ? Nie miałem pomysłu czym mogła być.
-Chyba wszyscy wiedzą dlaczego się tu zebraliśmy.-Zaczął
mężczyzna-Komuś kawy ?
-Konkrety, proszę pana, konkrety-Upomniał go Tellef
-A tak ! Przepraszam.-Odchrząknął i zaczął czytać- Z powodu
mojej choroby, czuję, że moje dni na tym świecie są już policzone. Spisuję więc
moją ostatnią wolę na tym arkuszu, by przyniósł on komuś szczęście… -Collinz
odchrząknął i zaczął czytać dalej.- Mojej przyjaciółce Veronice
zapisuję…-Przyjaciółce… wolne sobie ! To
była jego kochanka, a on nazywa ją przyjaciółką. Przestałem słuchać pana
Collinza. Obudziłem się dopiero wtedy, gdy wyczytał moje mienie.
-Memu synowi, Joshowi Auramera zapisuję …ogród w rezydencji
Veronici Signe.
-Że co proszę ?!-Veronica nie kryła oburzenia.-Przepisał
temu bachorowi ogród który JA mu przepisałam ?! A, to stary kozioł !
-Przepraszam, że co ja dziedziczę ?-Nie mogłem uwierzyć.
Miałem w spadku dostać ogród w rezydencji Veronici ?
- Ogród na wzgórzu moje dziecko. Ten który Veronica Signe
przepisała twojemu ojcu !- Więc to przepisał mi mój ojciec. Jakiś ogród na
wzgórzu ?
-Kochanie ,uspokój się- Tellef próbował uspokoić Veronicę.
-Jak mam się uspokoić ?! Ten gówniarz przejmie 10 % udziałów
w mojej firmie !
- Że co ?- Byłem już lekko nie o tyle zdziwiony, a
zblazowany.
-Otóż na terenie tego ogrodu znajdują się rzadkie okazy
kwiatów, a także ule, z których pozyskuję miód lawendowy do wyrobu kosmetyków
dla mojej firmy. Myślałam, że ten dureń przepisze na mnie ten ogród !
-Skoro ten ogród jest dla ciebie źródłem dochodów, to czemu
mu go przepisałaś ?-Zapytałem zdziwiony.
-Bo sama nie mogłam go prowadzić, a on miał go rozbudować i
zatrudnić pracowników !
-Czyli, że od teraz ten ogród jest mój ?-Zapytałem.
-Bezczelny! -Veronica nie mogła się uspokoić- Uch, no dobra.
Idę po dokumenty własności.
-Ale to chyba moja robota ?-Zapytał równie zblazowany co ja
pan Collinz.
-Zamknij się !-Kobieta o hebanowych włosach wyszła, ale po
niecałych piętnastu minutach wróciła na swoje miejsce z plikiem kartek w ręce.
-Proszę !-Powiedziała.-Podpisz to ! To akt własności moich…
ekhm, przepraszam… twoich ogrodów.-Wręczyła mi dokument. Uważnie go
przeczytałem. Wszystko się zgadzało. Akt mówił o przekazaniu na moją własność
ogrodów na wzgórzu. Podpisałem go.-Dobrze…- Powiedziała Veronica.-Teraz podpisz
kopię . Trzeba być zabezpieczonym w razie czego.-Tym razem już omijając tekst
po prostu podpisałem.
-Dobrze więc…- Zaczęła Veronica-Pracę możesz zacząć od
jutra. Wyżywienie i miejsce do spania będziesz miał przygotowane.
-Że co ?-Byłem zaskoczony- O czym ty mówisz ?! Przecież ten
dokument jasno wskazuje, że posiadam na własność ogrody na wzgórzu, a ty mi
wyskakujesz z jakąś pracą ?!
-Przepraszam bardzo, jaki dokument ?-Veronica udawała
głupią.
-Ten który trzymasz w ręce !-Byłem już lekko poirytowany. A
jak gdyby nigdy nic pan Collinz i Tellef przyglądali się nam ,jak gdybyśmy byli
cyrkowcami. Veronica wyjęła zapalniczkę i podpaliła dokument.
-Co ty u licha wyprawiasz ?-Lecz zanim zdążyłem zareagować
dokument już się spalił.
-Ja ? Nic. Właśnie podpisałeś umowę o pracę jako posada
ogrodnika w moich ogrodach ! A także dokument, w którym zaświadczasz, że to JA
jestem ich właścicielką, nie TY !
-Co ? Ale to miały być kopie aktu własności !
-Miały ! To dobre słowo !-Odrzekła triumfalnie Veronica.
-Panie Collinz !- Nic
pan nie zrobi ?-Zwróciłem się do pana Collinza. -Może pan zaświadczyć o próbie
oszustwa ?!
-Od kiedy to pijany może cokolwiek zaświadczać ?-Zapytał
triumfalnie Tellef.
-Co ?-Zapytałem.
-No…cóż. Ja lubię sobie…no czasem trochę wypić w pracy….ale ,żeby od razu pijany hehe...-Pan Collinz był zażenowany.
-Nie ! Nie, nie ,nie ,nie ,nie !-Nie mogłem uwierzyć w to co
usłyszałem.
-A więc….- Zaczęła Veronica-Witam na pokładzie pracowników
mojej rezydencji !-Nie. Nie, to musiał być sen ! Ja nie mogłem właśnie sam się
zatrudnić u kochanki mojego ojca, prawda ?!

Wciągające, nie mogę się doczekać trzeciego rozdziału :D.
OdpowiedzUsuń