niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 2:Spadek


-Tutaj będziesz  musiał wysiąść-Powiedział Fredrik.
-Już ?-Byłem zdziwiony. Według mapy zostało jeszcze jakieś pięćdziesiąt kilometrów.-Przecież jeszcze pięćdziesiąt kilometrów ! Dlaczego każesz mi wysiadać ?
-Spójrz wokoło-Powiedział towarzysz podróży.
-Śnieg. I co z tego ?-Nie kryłem zdziwienia.
-No właśnie ! Śnieg ! Drogi są zasypane. A te które ominął śnieg, są zlodowaciałe. Nie ma szans byśmy do jutra dojechali do Kragerø . Prędzej wpadniemy w poślizg.-Mówiąc  do mnie zaczął wypakowywać moje walizki.
-Ale …ale nie możesz mnie tu zostawić !- Krzyknąłem na niego !
-Nie nazwałbym tego zostawieniem… -Zaczął Fredrik-  Raczej pozwoleniem iść dalej na piechotę !- I nim zdążyłem cokolwiek wykrztusić jego już nie było. Odjechał z powrotem w kierunku Kabelvaag. Jak on mógł ?! Prędzej zamarznę niż dotrę do Kragerø. Ale no cóż ! Według mapy nie dalej jak pięć kilometrów stąd jest stacja pociągowa. Może pociągiem dojadę do Kragerø ? Ale skoro jest śnieżyca, to pewnie pociągi nie kursują ? Jednak postanowię spróbować. Nigdy nic nie wiadomo.
  Przejście tych pięciu kilometrów zajęło mi ok. godziny. Pewnie byłbym tam prędzej, gdyby nie śnieg mierzący mi do kolan. Jednak nie czas na marudzenie ! Stacja tonęła w odcieniach czerwieni i żółci. Te przytulne kolory z pewnością spełniały swoją funkcję w takie dni jak ten. Oprócz mnie na stacji była jeszcze jedna osoba. Była to piękna, brązowowłosa kobieta w fioletowej sukni. W ręku trzymała teczkę i walizkę. Ciekawe czy jej celem podróży też jest Kragerø ? Nie widziałem dokładnie jej twarzy ale była znajoma. Czy ja jej kiedyś już  nie spotkałem ? Chciałem ją o to spytać, ale przecież nie pójdę do niej i nie zapytam „Hej, czy my już kiedyś się nie spotkaliśmy ?” Zamiast prostego pytania brzmiało by to raczej jak kiepski podryw. Sprawdziłem rozkład pociągów . Jest ! Pociąg do Kragerø, i to nawet za jakieś… 30 minut temu ? O nie ! Spóźniłem się na pociąg, a następny dopiero za jakieś dwie godziny. No to pięknie ! W takim tempie nie zdążę na odczyt testamentu Papy. W trakcie moich rozmyślań nie zauważyłem, że właśnie w tej chwili na peron podjeżdża pociąg. Ocknąłem się dopiero gdy  konduktor zakrzyknął:
-Spóźniony pociąg do Kragerø !-Czyli jednak jest szansa !- Pochwyciłem szybko swój bagaż i ruszyłem w kierunku pociągu. Moja towarzyszka z peronu także skierowała się w kierunku pociągu.
-O, witam panią !-Powiedział uroczyście konduktor, gdy brązowowłosa piękność wsiadła do pociągu.-Skąd tym razem pani wraca ?-Kontynuował postury mężczyzna.
-Liverpool-Rozpoczęła kobieta.-Głos miała słodki niczym miód, a jednocześnie poważny i twardy niczym skała.-Ci Anglicy nie mają za grosz poczucia smaku ! Tęskniłam za norweską kuchnią. Ci kontrahenci z Anglii też nie są lepsi o ich żarcia ! Gbure jakich mało ! Dobrze, że moja firma rozwiązuje z nią działalność za trzy miesiące. Nienawidzę podróży przez morze północne ! Niedługo wyjeżdżam do Kopenhagi więc nie będzie mnie spory kawałek czasu. A co u pana ?-Zapytała  kobieta, po długim monologu.
-Aaa, po staremu.- Zaśmiał się mężczyzna !- Mój zawód nie daje takich wrażeń jak pani. Odjazd !!!-Zakrzyknął konduktor gdy wsiedliśmy do pociągu. Myślałem, że przedziały będą puste, a tymczasem roiło się w nich od pasażerów. Znalazłem jednak jeden przedział zupełnie pusty. Pozostawiłem walizki w luku bagażowym i usiadłem na miejscu. Po niespełna 10 minutach, do przedziału weszła kobieta z którą czekaliśmy na pociąg.
-Można ?-Zapytała uprzejmie.
-Ależ oczywiście.-Powiedziałem lekko się czerwieniąc-Proszę. -Teraz mogłem dokładnie się jej przyjrzeć. Wyglądała na około trzydzieści lat, czyli mniej więcej była dziesięć lat starsza ode mnie. Jej  hebanowe włosy były rozpuszczone. Nosiła fioletową suknię z czasów wiktoriańskich, a jej smukłą talię podkreślał czarny gorset.
-Czy coś nie tak ?-Zorientowała się, gdy za długo na nią patrzyłem.-Coś nie tak z moją twarzą ? Mam coś na niej ?-Zapytała speszona.
-Ależ nie !-Zaczerwieniłem się, aż po cebulki włosów. Było mi naprawdę głupio -Nie,nie ! Przepraszam !
-Niby za co ?-Była rozbawiona moim zachowaniem
-Nie,nic !-Nie mogłem ukryć zażenowania. Na szczęście z mojej niewygodnej sytuacji uratował mnie dzwoniący telefon mojej towarzyszki podróży.
-Witaj Tellef -Zaczęła rozmowę kobieta. -…Tak jestem w drodze do domu… wyjdziesz po mnie ? To cudownie !- Kobieta zakończyła rozmowę z przyjacielem.

Jechaliśmy jakieś trzy godziny. Pewnie bylibyśmy szybciej, ale z  powodu nieustającej zamieci  byliśmy w Kragerø dopiero o świcie. Za dwie godziny miał zostać odczytany testament mojego ojca. Ruszyłem w kierunku luku bagażowego. Zatrzymał mnie uścisk czyjejś ręki.
-Miło się z tobą gawędziło podczas podróży !- Powiedziała kobieta o hebanowych włosach.-Jak Ci na imię ?
-Josh …Josh Auramera- Wydukałem zaskoczony. A jak pani mienie ?
-Proszę !-Towarzyszka wręczyła mi małą karteczkę-Tu zapisany jest mój numer. Zadzwoń kiedyś, w końcu jesteśmy z tego samego miasta ,Josh. Rzadko tu bywam,ale może Ci się poszczęści ?
-Ale.. ja nie jestem z … - Nie dokończyłem ponieważ kobieta wyszła nim zdążyłem ponowić prośbę o jej imię. Przez okno zauważyłem jak wita się z jakimś mężczyzną. Pewnie był to ten cały Tellef. Z luku bagażowego wydobyłem swoje walizki i ruszyłem w kierunku pensjonatu w którym miałem się zatrzymać. Kamienne uliczki i malownicze budynki wyglądały jak z bajki. Uroku tej miejscowości dodawała mgła roztaczająca się wokoło . Rzucające się w oczy było wzgórze na którym mieściła się biała rezydencja. Pewnie był to właśnie „Bogaty dworek Veronici ” o którym mówiła mama. Ta historia jeszcze nie do końca do mnie docierała. Ruszyłem kamienną drogą do pensjonatu w którym miałem się zatrzymać. Uliczki były opustoszałe. W końcu nic dziwnego. Była dopiero szósta rano, a ludzie którzy wysiedli z pociągu już dawno się rozeszli. Jedynym dźwiękiem który roznosił głuche echo były moje buty chrzęszczące o śnieg. Śnieżyca już minęła, ale i tak był nieziemsko zimno ! W końcu po połowie godziny dotarłem do pensjonatu. Przed jego drzwiami powitał mnie jego właściciel palący papierosa.
-Pan Auramera ?-Zapytał mnie ok. dwudziestojednoletni właściciel.-Tak wcześnie? Jest dopiero szósta rano.
-Za półtora godziny mam odczyt testamentu.-Odpowiedziałem
-Ach ,no dobrze !-Zaczął-Mimo iż otwieramy dopiero o ósmej, wpuszczę pana.-Poszedłem za nim. Zaprowadził mnie na dół do recepcji, gdzie otwierając drzwi do niej podał mi klucz.
-Pana pokój-Powiedział wręczając mi srebrny klucz.-Witamy w pensjonacie pod dębami-Powiedział uroczystym tonem.-Pana pokój ma numer 204.
-Dziękuję-Powiedziałem.
-W razie czego służę pomocą. Jestem Kristian.-Przedstawił mi się
-Josh. -Teraz i ja się przedstawiłem. Po pierwszym spotkaniu ruszyłem po schodach na górę. Mój pokój był na samej górze. Pod moim krokiem skrzypiały dębowe schody. Gdy dotarłem do samej góry ruszyłem korytarzem w kierunku mojego pokoju. W  jego wnętrzu uderzył mnie silny zapach Hebanu. Heban… Sięgnąłem do kieszeni. W końcu mam jej numer ! Mogę do niej zadzwonić ! Ale nie teraz ! Zacisnąłem kartkę i schowałem ją z powrotem do kieszeni. Zająłem się rozpakowywaniem swojego bagażu. Mój pokój był skromny, ale przytulny. Koło łóżka znajdowała się mała etażka, a na półeczce ściennej stał mały telewizor (który zresztą po późniejszych badaniach nie działał). W pokoju były też dwa okna, obydwa osłonięte złotymi zasłonami. Po sprawdzeniu drewnianej podłogi,szafy,drzwi i etażki zrozumiałem dlaczego pensjonat nosi nazwę „Pod dębem”. Tu wszystko było z dębu ! Po rozpakowaniu zerknąłem w  swoją komórkę. Zegarek w telefonie wskazywał siódmą. Za godzinę miał nastąpić odczyt testamentu Papy. Nigdy nie byłem aż tak zestresowany ! Serce waliło mi niczym dzwon kościelny ! Co mogłoby się wydarzyć ? Co takiego mógł mi przepisać mój tata, który jak się okazało miał na boku inną ? Tyle pytań ,bez odpowiedzi ! Jednak nie było czasu na rozmyślania ! Za niecałe pięćdziesiąt minut wszystko się wyjaśni. Pochwyciłem płaszcz, telefon i klucze i ruszyłem schodami na dół. Tam spotkałem chłopaka z którym niecałe dziesięć minut temu przeszliśmy na „ty”.
-Już wychodzisz ?-Zapytał. –Nie spóźnij się ! O dziewiątej jest śniadanie !
-Tak !-Powiedziałem-Nie spóźnię się ! Spokojnie ! Chyba…
-Powodzenia !-Powiedział mi Kristian na odchodne.
-Dzięki !-Szybko odpowiedziałem i ruszyłem ku drodze. Miejscem odczytu testamentu miała być kancelaria adwokacka prawnika mojego taty. Mieściła się na ulicy…. Szczerze to nie pamiętałem. Pamiętałem jedynie drogę do niej prowadzącą. Z pensjonatu rusz do portu. Idź wzdłuż  straganów z rybami w kierunku galerii sztuki. Stamtąd w prawo w kierunku stacji pociągowej. Ze stacji na prosto do wzgórza. U jego stóp czeka na ciebie niebieski budynek. Trochę dziwne moim zdaniem. Zapamiętałem cała trasę, a głupiego adresu już nie… Jednak w tej chwili było to najmniej ważne ,gdyż już dotarłem do kancelarii adwokackiej. Zostało jeszcze piętnaście minut. Otworzyłem ciężkie, mosiężne drzwi. Korytarz sprawiał wrażenie mrocznego. Może to za sprawą ciemnozielonej tapety na ścianach, i hebanowych paneli. Znowu ten heban ! Czy w  Kragerø nie mają innych rodzajów drewna prócz hebanu i dębu ?!
-Mogę w czymś pomóc ?-Sekretarka siedząca przy dębowym biurku (a jakże by inaczej ! ) zerknęła na mnie spod swoich okularów.
-Ja do pana Collinza. Odczyt testamentu Jakoba Auramery.
-Ależ tak, oczywiście. Czekaliśmy na pana, panie Auramera !-Jej kucyk opadł z jej ramienia na plecy.
-Czekaliśmy ?-Zapytałem.-Myślałem, że jestem przed czasem.
-Ależ tak, ale inni zebrali się tu już wcześniej ! Możemy więc zacząć przed czasem.-Poszedłem za sekretarką pana Collinza po schodach do jego gabinetu. Szatynka zastukała w drzwi.
-Można ? Pan Auramera przyszedł -Zapytała.
-Ależ tak,proszę -Odpowiedział jej głos zza drzwi. Wszedłem do pomieszczenia za kobietą. Szybkim ruchem zbadałem pokój. Naprzeciw mnie były okna zasłonięte żaluzją. Po lewo były półki z różnymi maściami książek. Po prawo  stało biurko pana Collinza. Na środku pokoju stały cztery czarne fotele, w tym trzy zajęte przez pana Collinza, jakiegoś mężczyznę i… kobietę którą spotkałem w pociągu.
-Ty !-Krzyknęliśmy w tym samym momencie.-Co ty tu robisz ?!-Odkrzykneliśmy niemal jednocześnie
-Państwo się znacie ?-Pan Collinz był z lekka zdziwiony.
-Tak…nie…. W pewnym sensie tak, ale…. -Kobieta  próbowała  znaleźć odpowiednie słowa. Po chwili jednak podeszła do mnie z zimnym uśmiechem na ustach i rzekła:
-Więc w końcu się spotykamy Josh !-Powiedziała do mnie.-Veronica Signe. Bardzo mi miło.-Veronica podała mi rękę na przywitanie. Ja nie uczyniłem tego gestu. Ta nie zrażając się tym, z powrotem usiadła w fotelu. Więc moją towarzyszką podróży, była kochanka mojego ojca. Już wiem skąd widziałem tę twarz . Na pogrzebie mojego taty !
-Dobrze, widzę, że już się poznaliście we dwoję, więc panie Auramera przedstawię panu tylko narzeczonego pani Signe. Mężczyzna w fotelu obok wstał. Czyli Veronica ma narzeczonego !~I o dziwo nie przeszkadzało jej to we flircie ze mną w pociągu. Ciekawe…  Mężczyzna podał mi rękę.
-Tellef Rask -Miło mi !- Czy on zdawał sobie sprawę z tego kim ja jestem ! Najwyraźniej nie, a jeśli tak, to nie robił sobie z tego najmniejszego problemu.
-To ja już pójdę-Odezwała się sekretarka pana Collinza i cichutko zamknęła za sobą drzwi.
-Dobrze-Zaczął pan Collinz.- Nie pobudzajmy już chaosu proszę ! Zebraliśmy się tu ze względów prawnych a nie… -Pan Collinz przebiegł wzrokiem zebranych- …prywatnych-Dokończył. Chyba nie to chciał powiedzieć... W ręku trzymał dokument a także jakąś dziwną książeczkę. Dokumentem pewnie był testament, ale książeczka ? Nie miałem pomysłu czym mogła być.
-Chyba wszyscy wiedzą dlaczego się tu zebraliśmy.-Zaczął mężczyzna-Komuś kawy ?
-Konkrety, proszę pana, konkrety-Upomniał go Tellef
-A tak ! Przepraszam.-Odchrząknął i zaczął czytać- Z powodu mojej choroby, czuję, że moje dni na tym świecie są już policzone. Spisuję więc moją ostatnią wolę na tym arkuszu, by przyniósł on komuś szczęście… -Collinz odchrząknął i zaczął czytać dalej.- Mojej przyjaciółce Veronice zapisuję…-Przyjaciółce… wolne sobie !  To była jego kochanka, a on nazywa ją przyjaciółką. Przestałem słuchać pana Collinza. Obudziłem się dopiero wtedy, gdy wyczytał moje mienie.
-Memu synowi, Joshowi Auramera zapisuję …ogród w rezydencji Veronici Signe.
-Że co proszę ?!-Veronica nie kryła oburzenia.-Przepisał temu bachorowi ogród który JA mu przepisałam ?! A, to stary kozioł !
-Przepraszam, że co ja dziedziczę ?-Nie mogłem uwierzyć. Miałem w spadku dostać ogród w rezydencji Veronici ?
- Ogród na wzgórzu moje dziecko. Ten który Veronica Signe przepisała twojemu ojcu !- Więc to przepisał mi mój ojciec. Jakiś ogród na wzgórzu ?
-Kochanie ,uspokój się- Tellef próbował uspokoić Veronicę.
-Jak mam się uspokoić ?! Ten gówniarz przejmie 10 % udziałów w mojej firmie !
- Że co ?- Byłem już lekko nie o tyle zdziwiony, a zblazowany.
-Otóż na terenie tego ogrodu znajdują się rzadkie okazy kwiatów, a także ule, z których pozyskuję miód lawendowy do wyrobu kosmetyków dla mojej firmy. Myślałam, że ten dureń przepisze na mnie ten ogród !
-Skoro ten ogród jest dla ciebie źródłem dochodów, to czemu mu go przepisałaś ?-Zapytałem zdziwiony.
-Bo sama nie mogłam go prowadzić, a on miał go rozbudować i zatrudnić pracowników !
-Czyli, że od teraz ten ogród jest mój ?-Zapytałem.
-Bezczelny! -Veronica nie mogła się uspokoić- Uch, no dobra. Idę po dokumenty własności.
-Ale to chyba moja robota ?-Zapytał równie zblazowany co ja pan Collinz.
-Zamknij się !-Kobieta o hebanowych włosach wyszła, ale po niecałych piętnastu minutach wróciła na swoje miejsce z plikiem kartek w ręce.
-Proszę !-Powiedziała.-Podpisz to ! To akt własności moich… ekhm, przepraszam… twoich ogrodów.-Wręczyła mi dokument. Uważnie go przeczytałem. Wszystko się zgadzało. Akt mówił o przekazaniu na moją własność ogrodów na wzgórzu. Podpisałem go.-Dobrze…- Powiedziała Veronica.-Teraz podpisz kopię . Trzeba być zabezpieczonym w razie czego.-Tym razem już omijając tekst po prostu podpisałem.
-Dobrze więc…- Zaczęła Veronica-Pracę możesz zacząć od jutra. Wyżywienie i miejsce do spania będziesz miał przygotowane.
-Że co ?-Byłem zaskoczony- O czym ty mówisz ?! Przecież ten dokument jasno wskazuje, że posiadam na własność ogrody na wzgórzu, a ty mi wyskakujesz z jakąś pracą ?!
-Przepraszam bardzo, jaki dokument ?-Veronica udawała głupią.
-Ten który trzymasz w ręce !-Byłem już lekko poirytowany. A jak gdyby nigdy nic pan Collinz i Tellef przyglądali się nam ,jak gdybyśmy byli cyrkowcami. Veronica wyjęła zapalniczkę i podpaliła dokument.
-Co ty u licha wyprawiasz ?-Lecz zanim zdążyłem zareagować dokument już się spalił.
-Ja ? Nic. Właśnie podpisałeś umowę o pracę jako posada ogrodnika w moich ogrodach ! A także dokument, w którym zaświadczasz, że to JA jestem ich właścicielką, nie TY !
-Co ? Ale to miały być kopie aktu własności !
-Miały ! To dobre słowo !-Odrzekła triumfalnie Veronica.
-Panie Collinz !-  Nic pan nie zrobi ?-Zwróciłem się do pana Collinza. -Może pan zaświadczyć o próbie oszustwa ?!
-Od kiedy to pijany może cokolwiek zaświadczać ?-Zapytał triumfalnie Tellef.
-Co ?-Zapytałem.
-No…cóż. Ja lubię sobie…no czasem trochę wypić w pracy….ale ,żeby od razu pijany hehe...-Pan Collinz był zażenowany.
-Nie ! Nie, nie ,nie ,nie ,nie !-Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
-A więc….- Zaczęła Veronica-Witam na pokładzie pracowników mojej rezydencji !-Nie. Nie, to musiał być sen ! Ja nie mogłem właśnie sam się zatrudnić u kochanki mojego ojca, prawda ?!